|
|
poniedziałek, 07 września 2009
Nowe
Zmieniłam pracę. Ale tylko częściowo. To znaczy na pół etatu pracuję w starym miejscu, a na drugie pół - w nowym. Pytają mnie, czy się cieszę, mówią, ze to dobrze. A ja nie wiem i zwykle tak odpowiadam. Owszem, cieszę się, ze zaczynam robić coś innego, że powoli się wycofuję z tego miejsca, w którym spędziłam osiem lat, ale czy to dobrze, tego nie wiem. Patrzą na mnie wtedy trochę jak na dziwaka: rezygnuje z pełnego etatu i nie wie, czy dobrze robi. A ja właśnie nie wiem. Bo i skąd mam to wiedzieć?
Przypomina mi się tu anegdota o indiańskim wojowniku. Zginął mu koń. Ludzie mówili: masz pecha, a on odpowiadał: może. Kilka dni później koń przyprowadził całe stado. Ludzie mówili: masz szczęscie, odpowiadał: może. Jego najmłodszy syn ujeżdżając jednego z nich, spadł i złamał nogę. Ludzie mówili: masz pecha, odpowidał: może. Ich wódz wyruszył na wojnę z innym plemieniem, wielu młodych chłopców zginęło wtedy. Jego syn nie, bo z powodu złamanej nogi, zosatał w wiosce. Ludzie mówili: masz szczęscie, odpowiadał: może...
Nie wiem, czy to, co robię, można nazwać czymś lepszym czy gorszym od tego, co robiłam do tej pory. Po prostu się dzieje. Co z tego wyniknie, w dużej mierze zależy ode mnie. Może nie same wydarzenia, ale sposób ich przeżycia. Stare miejsce mnie męczyło, chciałam zacząć coś innego. Ani lepszego, ani gorszego. To tylko (?) kolejne wyzwanie.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Praca nad sobą
Ostatni dzień sierpnia. Koniec wakacji. Dla mnie nawet czegoś więcej niż wakacji, bo spędziłam w domu 14 miesięcy. Pewnie będzie trudno wpaść po takiej przerwie w wir pracy, ale przecież nie jest to awykonalne. Zresztą praca to jeden zaledwie aspekt życia. I nie najważniejszy.
Zaczęłam czytać Castanedę. Od czwartego tomu, bo poprzednich nie mogę dostać. To, że jest rewelacyjny, to jedna sprawa. Zastanawiam się jedynie, ile czasu tzreba poświęcić, by osiągnąć mistrzostwo. Wiem, że to kwestia indywidualna, co właściwie powinno wycofać moje pytanie do worka z pytaniami bez odpowiedzi, ale jednak... Jak bardzo intenywnie należy pracować, by dojść dotego, co się chce osiągnąć ( i wiem, ze to coś zawsze jest przed nami, że nie osiąga sie tego nigdy). Czy posiadanie Mistrza - jeśli tak, to w jakim stopniu - przyspiesza ten proces? Z pewnością ułatwia, tyle ze.. czy to jest dla nas korzystne? Chyba znowu sobie odpowiem, że to zależy...
Co zrobić, bo pokonać lenistwo? Pracuję zrywami. Dobrze, że one są, ale drażnie mnie, że przestoje są dłuższe od aktywności. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo..
Nie potrafię wyłączyć myślenia, wewnętrznego dialogu. Ciągle coś analizuję, przetwarzam. A jak tylko przestanę, to zasypiam. Nie potarfię utrzymać się w stanie bez-myślenia. Rudi, chyba potrzebuję Twojej pomocy, bo medyatcja mi nawet nie wychodzi (cofam: 'nawet', bo coś jednak wychodzi).
wtorek, 25 sierpnia 2009
Wiara
Przez długie lata byłam wojującą ateistką. Wszystko dlatego, ze jako 13-letnia panienka nie potrafiłam oddzielić wiary, religii od reprezentujących ją księży, którzy to zdecydowanie pomylili się z powołaniem, i zakonnic, które już wtedy wyadawały mi się intelektualnie niedojrzałe. Mówię oczywiście o tych księżach i zakonnicach, z którymi było dane mi się zetknąć. Nie wykluczam istnienia mądrych, dojrzałych, choć zdaję sobie sprawę , że nie sami Tischnerowie i Hryniewiczowie tworzą Kościół.
Po latach wojowania przyszła potrzeba zgłębienia tego i owego. Tu się znowu okazało, że wierni o swojej wierze mówić nie potrafią. Próbowałam tu i ówdzie, ale za każdym razem się okazywało, że ludzie w wieku różnym ganiają do kościoła z powodów różnych, a sama wiara jest u nich chwiejna i z pewnością nie mają przemyślanej wizji Boga.
Zgłębianie na własną rękę doprowadziło mnie do przekonania, że katolicyzm nie pasuje mi wcale. Nadstawianie drugeigo policzka, syndrom ofiary, pokornej jednostki wobec upersonifikowanego bóstwa wręcz budzi mój sprzeciw. W ogóle personifikowanie bóstw zupełnie do niczego nie jest mi potrzebne. Rozumiem, że ludziom może i łatwiej się modlić do kogoś konkretnego, bo to daje poczucie jakiegoś dialogu (choć jest monologiem), ale tak na dobrą sprawę, przerzucenie swoich trosk na bóstwo jest - moim zdaniem - pójściem na łatwiznę. Trudno jest zmagać się samemu ze smutkiem, rozpaczą, nadzieję pokładać tylko w samym sobie, nieść ciężar odpowiedzialności za siebie, ale przerzucenie tego wszystkiego na boga jest zbyt wygodne. Życie jest trudne i skomplikowane i trzeba mu sprostać. Samemu, bez ułatwień.
Droga mnie wiodła przez różne koncepcje światopoglądowe. W różnych miejscach przystawałam, by sie przyjrzeć dokładniej, porównać, przeanalizować, wziąć coś dla siebie, by potem - zweryfikowawszy w życiu - wyrzucić lub nieść dalej. Teraz jestem na przystanku zwanym Energią i Odpowiedzialnością. Trudna to Droga. Ale tylko na trudnej Drodze można odczuć pełnię.
sobota, 22 sierpnia 2009
Ucieczka przed sobą
Zastanawiam się, przez ile człowiek musi przejść, by się wreszcie otrząsnął i rozpoczął Drogę do siebie. To jest pewnie względne, jak wszystko na Świecie, więc do żadnych wniosków nie dojdę.
Są ludzie, młodzi i starzy, którzy wiecznie narzekają. Na to, co wokół. Na samego siebie. Na to, że coś jest, a czegoś nie ma. Zawsze znajdzie się powód do marudzenia. I w tym szarym, smutnym czy złym ( w zależnosci od rodzaju narzekania) świecie oni czują się pokrzywdzeni. I za nic nie chcą wziąć się w garść i zrobić coś ze swoim życiem. Tak jakby samo marudzenie utrzymywało ich przy życiu. Odnoszę wrażenie, że ludzie (generalizuję tu oczywiście) chcą znaleźć szczęście poza sobą. Wydaje im się, że dopiero wtedy będzie im dobrze, gdy wybudują dom, zwiążą się z kimś, rozwiądą, wyjadą na dzikie Karaiby, zmienią pracę itd. Ale to nie tędy droga. Chyba najpierw należy odszukać w samym sobie coś, co JEST. Zastanowić się, JAKIE JEST i DLACZEGO. I PO CO. Bez tej wiedzy nie można osiągnąć szczęścia. Bo pokłady szczęścia są w nas. Niezależnie od drugiego człowieka, miejsca i czasu, w jakim przyszło nam żyć itd.
Zdaję sobie sprawę z tego, że łatwe to nie jest. Nie wiem sama, czy nie rozsypałabym się w drobny pył, gdybym musiała doświadczyć tego, co umownie nazywa się tragedią. Wiem jedynie, że borykałam się z pewnym problemem dość długo, aż zdałam sobie sprawę, że dopóki będę chciała uciec przed samą sobą, nie odnajdę Drogi do siebie.... Przestałam uciekać, zrozumiałam wiele rzeczy i .. jest dobrze... Teraz szukam dalej, bo to daleka Droga...
piątek, 21 sierpnia 2009
Początek?
Czy to początek czegoś nowego? Teoretycznie tak, ale czy faktycznie koniec jednego etapu oznacza początek drugiego? Czy Uroboros pożerający swój ogon niesie przesłanie, że każda śmierć jest nadzieją narodzin? Tak do tej pory myślałam. Nie przeczę - było to pozytywne myślenie. Ale... No właśnie... Czy jeśli coś trwa, to faktycznie coś innego musiało się skończyć? A może to jest trochę inaczej? Może wcale nie jest tak, że schodzimy z jednej Drogi, by wkroczyć na inną? Może Droga jest jedna i my sami ją kształtujemy, wędrując jej zakolami, gubiąc się często zupełnie bez powodu, gdy wiedzie prosto przed siebie, zatrzymujemy się, wracacmy, chcemy z niej zejść, co nam się nie udaje, i wracamy po krótszym czy dluższym czasie na trakt. Może każdy z nas ma jedną Drogę, a jaka ona jest - zależy od nas samych? I od nas też zależy, na ile świadomie nią kroczymy... Sądzę, że można się przedrzeć przez mgłę i odnaleźć Słońce. Pytanie tylko - czy nie boimi się jego rażącego światła demaskującego nas przed samym sobą?
|